poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Łańcut- wysokie oczekiwania, wielki zawód



Wolny sobotni poranek zastanawiamy się co będziemy robić. Może jakaś mała wycieczka.
Po krótkim namyśle padło na Łańcut. Przecież to tylko parę godzin samochodem.

Pierwsze spostrzeżenie- dobrze, że mamy nawigację bo w mieście brak jakichkolwiek tabliczek prowadzących w kierunku zamku. W kasie kupujemy bilet  uprawniający do zwiedzania zamku, oranżerii oraz stajni i wozowni. Co pół godzinny  wpuszczana jest kolejna grupa z przewodnikiem.
Niestety nasza Pani przewodni okazała się niezbyt kompetentna- cały czas się powtarzała, myliła, pytała czy już to mówiła. Praktycznie nie poznaliśmy historii zamku. Oprowadzanie polegało na machaniu ręką i wskazywaniu tu jest obraz a tu waza.  Szkoda, bo samo wnętrze piękne i historia tego miejsca jest bogata.  Do naszych negatywnych odczuć przyczyniła się także grupa na którą trafiliśmy. Nie dość, że ludzie byli kompletnie nie zainteresowani i znudzeni zwiedzanie to utrudniali to zwiedzanie innym. Pierwszy raz spotkałam się z głośnymi rozmowami zakłócającymi każde słowo Pani przewodnik, pytaniami czy musimy jeszcze to zwiedzać, kończąc na jedzeniu chipsów w drodze do wozowni. Odetchnęliśmy  z ulgą gdy mogliśmy rozstać się z  grupą i w spokoju poprzechadzać się po łańcuckim parku.


Kolejne nasze chyba największe rozczarowanie tej wizyty to Restauracja Zamkowa. Duży potencjał tego miejsca zniweczony obsługą oraz sztucznym jedzeniem z proszku. Zupy okazały się niejadalne- odgrzewany  makaron i kostkowy smak rosołu, żurek jak polewka dla świń.  Sos do kurczaka iście torebkowy. Cenny zdecydowanie nieadekwatne do jakości.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza